Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

12/18/2015

Opowieści z Kolumbii: la dolce (dulce) vita!

Budzę się. Nie pamiętam snu, widzę tylko, że jest dzień, bo świetliki w suficie przepuszczają blade światło. Nocami po dachach biegają koty, a brzmi to tak, jakby ktoś walił młotkiem w blachę. Ubieram się, przemykam do łazienki, a potem na śniadanie. Kolumbijskie rodziny jedzą razem, ale ja budzę się ostatnia, nieśmiało drepczę do stołu i jedząc krzyczę, że wszystko mi smakuje. 

Mleko jak czekolada

Kolumbijskie jedzenie jest rico. Jest tłusto, jest słodko...


Najczęściej na śniadanie dostaję kubek czekolady, tinto - słodkiej, słabej kawy, która nie smakuje kawą lub panelli, napoju z brązowego cukru. Do tego cudowna arepa – ciepły, smażony kukurydziany placuszek z serem. Arepa w domu (najlepsza!),  arepa na szybkacza w centrum handlowym, arepa od ulicznego sprzedawcy - nie, nie mam już miejsca, ale jeszcze wcisnę.
A jem dużo, przy okazji śniadania zawsze napełniam się owocami – najczęściej trafia mi się papaya i miodowy melon. Po śniadaniu toczę się, ale nie, tu trzeba iść na miasto i pożerać... oczami.

Pierwszy przystanek to stoisko ze świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym Niewielkie, zzieleniałe pomarańcze są miażdżone, płyną ich rajskie soki, a my pijemy je jak słoneczny wywar. W Bogocie to mistyczne doznanie blaknie, jest drożej, a sprzedawcy rozcieńczają sok. 

W domach, na ulicach czy knajpkach pija się soki lub koktajle, ponieważ niektóre owoce nadają się głównie do tego. Wspaniałe kształty i faktury są redukowane do cieczy. I nie obroni się nawet kolczasta guanabana, bardzo popularna w formie płynnej. 




Królowa Areguipa

Drugi przystanek to straganik, na którym nęci oblea (w naszych sklepach znalazłam swojsko brzmiące „oblaty”), słodki wafel,  kupowany prosto z ulicy – sprzedawczyni go wam wysmaruje w środku czym chcecie, dżemem, miodem, posypie kokosem, sklei obydwie połówki arequipe, czyli masą krówkową. Ta sama masa wypłynie z miękkiego ciała sera, z którym spotkają się moje zęby. Queso con arequippe to tutaj jedna z przekąsek, zaskakująca, pyszna. Z resztą to nie jedyna taka nietypowa para...


Pija się czekoladę, w której żywota dokonuje kawałek rozpuszczającego się sera (tego doznania nie znam). Zjada się kubeczki pełne pokrojonych owoców, polane śmietanką, miodem i posypane....serem. Serwuje się mleczną zupę z gotowanym jajkiem i świeżą kolendrą. Ogromna większość ciastek, które widywałam w sklepie i których wielką pakę przywiozłam do domu, również była mleczna. Kolumbia - kraina mlekiem płynąca.

Czas święta

Kolorowe, ozdobne, lśniące. Małych i dużych rozmiarów, mają krągłe kształty, piękne tak, że można jest lizać przez szybę. Nieodzowne przez uroczystościach rodzinnych. Torty! Zajmują przynajmniej połowę miejsca w niemalże każdej cukierni. Nie ciasta, ciastka, tylko właśnie torty. Uroczyste, czasem kiczowate, czasem eleganckie...Wydają się być jeszcze jednym dowodem na rodzinność Kolumbijczyków – suchą bułkę może kupić każdy, tortem dzielimy się z bliskimi. I świętujemy, bo nawet najskromniejsze życie może być słodkie.

12/15/2015

Pani to jest odważna!*


Czy wiecie, na czym polega paradoks maski? Na tym, że zakrywając odkrywa. To nie jest blog, na którym zobaczycie moją codzienność. To miejsce, które pozostaje w fazie święta, podróży, pięknych zdjęć i (mam nadzieję) ciekawych opowieści. 

W styczniu przyszłego roku wsiądę do samolotu, który z Berlina zabierze mnie do Amsterdamu, następnie przesiądę się w Panamie, aby finalnie wylądować w stolicy Kolumbii, BogocieData powrotu to dzień po moich urodzinach, wrócę do Europy razem z wiosną. A czemu Kolumbia? Bo zostawiłam tam moje serce, w całości.

Co zostawiam w Polsce?

Wynajmowane mieszkanie, urządzoną przeze mnie kojącą przestrzeń, w której poczułam się dobrze (namiastka domu i bezpieczeństwa). Pracę, która daje mi stabilizację, a której nie znoszę (bardziej pracy niż stabilizacji). W pewnym momencie poczułam, że moje życie nie ma za wiele sensu. Niemal dwa lata temu zerwałam zaręczyny i wyprowadziłam się z "gniazdka miłości" (= złotej klatki) , zaczęłam żyć sama i cóż, było bardzo ciężko - pod wieloma względami. 

Straszliwe pragnienie wolności rosło we mnie i czułam, że cały ten majdan przedmiotów, jakimi się otoczyłam zaczyna mnie przytłaczać. W ciągu ponad roku przeprowadzałam się dwa razy, martwiąc się, czy zmieszczę się z moją "kolekcją" (zwłaszcza kolekcją książek).

Tak więc muszę teraz zredukować swoje życie do walizki i wagi 23 kg, przeprowadzić dekonstrukcję mieszkania i rozdać kawałki siebie najbliższym i znajomym.  Nie wiem, co przyniosą te trzy miesiące, staram się nie planować, nie snuć wizji, wiem tylko, że moje życie się zmieni. Będę mieszkać w Kolumbii, w domu ludzi, z którymi poczułam się dobrze. Jedyne, czego potrzebuję to odwaga, ale gdzieś w głębi siebie czuję, że ta zmiana może nie jest najgorszym pomysłem;)

Jestem wdzięczna za blogi i kontakt z pięknie wolnymi, odważnymi dziewczynami - Uli z The Adamant Wanderer oraz autorki Życia pod palmami. I dla równowagi: potrzebuję też  "domowego ogniska"  - Marty z Hoo Hoo Things oraz Gosi z Magicznego Domku.


                                 

Dziękuję!

ps. ścieżka dźwiękowa do puszczenia w tle: to i to


*te słowa padły po raz pierwszy, kiedy pewnego razu przyznałam publicznie, że mieszkam sama. Nie wiem, czy wiecie, ale zdaje się, że w naszej kulturze samotnie mieszkające i utrzymujące się młode kobiety wciąż jawią się niektórym jako ewenement warty co najmniej zdziwienia i pokrzepiających (?) gratulacji.


12/11/2015

Kolumbijskie opowieści: Historia bez tytułu, nr 100

To mój setny post.
Za mną 100 dni samotności (jak dobrze, że nie sto lat!). Zegar odliczający dni od tego co minęło zatrzymał się i trwa cierpliwe odliczanie do tego co będzie. 
Z tej okazji mam historię bez tytułu. Bez określania, bez nazywania, jedyne warunki: czas i miejsce.


Dawno, dawno temu...

To był jeden z niewielu słonecznych dni w Bogocie. Wiele godzin później siedziałam już w samolocie do Europy. 

Kradliśmy światło - najpierw pojedynczej kalii tuż przy kamiennej fontannie. Później upozowałam go z papierosem w cieniu, tam gdzie było więcej ciekawych kontrastów. Słońce było kapryśne i szalone - a to paliło skórę, a to okrywało się szczelnie szarością chmur. A my - biała i czarna plama - skakaliśmy jak dwa koty od światła do cienia, mając dla siebie 36 kadrów wspomnień.








Fot: Nilson Beltran, Sylwia Włodyga


11/27/2015

Kolumbijskie opowieści. Rozdział II: Na straganie w dzień targowy...


W Zipquirze targ odbywa się we wtorki.  Już wcześniej byłam w tym miejscu, przeszłam przez halę na przestrzał jak przeciąg,  swoje też usłyszałam (okrzyk ‘mamita’!), postraszył mnie widok brudnej lalki leżącej na wozie do transportowania warzyw i owoców, zachwyciła kupa metalowych rupieci. 

Minęłam jednego z wielu leniwych psów, których najedzone ciała prawie porastają brudne chodniki, minęłam półnagiego mężczyznę, cieszącego się darmowym złotem słońca. 
Życie tu wraca we wtorki. 

Pod dachem pojawiają się sprzedawcy razem z górami owoców, o których nigdy nie słyszałam, kunsztownie ułożonych pagórków z warzyw, niesmacznych truskawek. Poluję na pithayę, dragonfruita, sprzedawca rozkraja owoc na miejscu, ja kosztuję i wiem, że ten smak oznacza rozkosz. W niebie, do którego trafiłam pełno jest cudów, które następnie starannie wychuchane i wypucowane trafiają do marketów w Europie ze starannie naklejonymi cenami w granicach 4 euro (jak moja ukochana pithaya, którą potem znalazłam w markecie w Hamburgu i wzięłam do ręki ze łzami w oczach).

Tak więc biegam miedzy stoiskami. Nie wiem, czy patrzeć, czy próbować, czy robić zdjęcia, więc w efekcie robię wszystko naraz. Usta kleją się od soku, oblizuję palce, nie martwię się o aparat. „Potrzymaj ten aparat proszę!”” Chcesz spróbować?””Jak to się nazywa?”.

Zachwycają mnie ogromne liście aloesu, wyrastające jak macki ośmiornicy z morza smaków. Chcę kupować egzotyczne kwiaty, ale boję się, że zwiędną, więc sadzę je w pamięci. Robię zdjęcia sprzedawcom, jeden z nich mnie opieprza, że sobie nie życzy. Uśmiecham się, przepraszam, idę dalej, kupujemy awokado – najlepsze, jakie znam, odmiana Hass, jemy na miejscu z odrobiną soli, sprzedawca wciska do torby kolejne sztuki . Później zrobię z niego guacamole z taką ilością czosnku, że niektórzy wrażliwi wylądują w łazience…

Nagle czuję zapach kawy. Słyszę terkot. Zapach kawy przeplata się z aromatem słodszym, korzennym, czekoladowym. Ogromny młynek mieli pieczone ziarna – dostrzegam wśród nich kukurydzę oraz ziarna kakaowca.

- To jest polecane dla młodych par – wyjaśnia sprzedawca. To afrodyzjak – zupełnie spokojnie dodaje mężczyzna. 
Rozkoszuję się zapachem tuż z malutkiej galerii nad kadzią z tajemniczym brązowym proszkiem. Pieści mnie jak najdoskonalsze perfumy. Wychodzę z targu z dwiema srebrnymi torebkami – w jednej mam świeżo mieloną kolumbijską kawę, w drugiej „czekoladę” z pieczonych ziaren, cynamonu i tajemniczej słodyczy.

-  Czy chcesz kupić więcej owoców?
- Nie, właśnie o to chodzi, aby zrobić to raz, w odpowiedniej chwili.Tyle jest jeszcze do skosztowania...















                                                       
                           

10/28/2015

Kolumbijskie opowieści. Rozdział I: Podróżniczka na odlocie


Siedzę w busie, którego obłe ciało przecina z dziką szybkością bogotańskie ciemności, zapadające już o 18. Sprzedawcy orzeszków („mani, mani, mani!!!”) załatwili swoje biznesy i wyszli  - będą krzyczeć i karmić innych głodnych w kolejnych autobusach. 

Bus jest jak żywy organizm, to struktura śpiewająco – podskakująca, wioząca znużone twarzy Kolumbijczyków wracających z domu do pracy. Na szczęście mamy gdzie siedzieć, niektórzy stoją, prawie wiszą nad nami, pęd wiatru przefiltrowanego przez karoserię budzi mnie z półsnu, umęczoną wieloma godzinami lotu. 

Po autobusie chodzi młody chłopak, którego strój przypomina cwaniczkowatego sprzedawcę fajek ze stadionu X – lecia. Lśni kajdan na szyi, ręka wyciągnięta po wymięte wachlarze pesos. Wygląda jak członek lokalnej mafii. Nagle robi się nieprzyjemnie i niebezpiecznie. Podchodzi do nas. 

- Dos – mówi Nilson, wyciąga pieniądze i spokojnie podaje chłopakowi.

No cóż, w Kolumbii nawet płacenie za bilet wygląda jak wymuszanie haraczu.

Ten sam obrotny  bileter płynnym ruchem „wylewa się” z drzwi wciąż pędzącego autobusu („co on robi do cholery!!!”), jest już na zewnątrz i krzyczy „Zipa, Zipa!”, potem magicznie dogania busa i równie wdzięcznie wskakuje do środka. 

- To niebezpieczna praca –  mówi Nilson, a ja tylko kiwam głową, myśląc, że jestem, do diabła, w innym świecie. 

To już czwarty bus, w którym siedzę od kilku dni, lecz pierwszy w Ameryce Południowej. Przyciskam się do szyby, widzę jakieś palmy, jakieś mosty, jakieś stragany, czuję szybkość i próbuję poczuć, „jak to jest być tak daleko od domu”. Nie czuję się daleko, choć na pewno obco. 

Po raz pierwszy w życiu przelatuję przez ocean. Ale szczerze mówiąc czuję się tak, jakby to ocean przeleciał mnie. Wielokrotnie;) Telepiąc się busami przez Niemcy, w Hamburgu wsiadam do samolotu do Paryża, tam, wściekła ze zmęczenia i wymięta jak stara lalka, czekałam na połączenie Paryż – Bogota i gapię się z durnym uśmiechem na wyświetlacz na lotnisku. 

Kurde, lecę! Naprawdę lecę. I przez kolejne 12 – godzin będę zamknięta w latającej puszce, unoszącą mnie i moje tysiąc nadziei i strachów nad Atlantykiem. 


W samolocie nie wiem, czym się zająć. Spać? Jeść? Śledzić lot? („czemu odległość między punktem A a punktem B wcale nie maleje??”). Wielki i przerażający ten Boeing, moloch wypełniony hiszpańskojęzycznymi pasażerami o karnacji kawy z mlekiem.

Wierzę, że podróż, zwłaszcza samotna, to szansa na spotkanie „innego siebie”.

Ja spotkałam tyle wersji siebie (Sylwia – znudzona, Sylwia – podekscytowana, Sylwia – zdenerwowana...), że jak już się wytoczyłam z samolotu i moja noga dotknęła kolumbijskiej (!!!!!) ziemi, to mam serdecznie dość. Ale największe wyzwanie czeka na zewnątrz. 

Pan Wyzwanie. Bo widzicie, do Kolumbii poleciałam nie tylko dlatego, aby spróbować herbaty z koki;)

I choć będę pisać o jedzeniu i ludziach i zwyczajach i zwierzętach i polityce i sztuce i problemach i pogodzie, to motorem wyjazdu był człowiek.  Tym, co uznają mnie za szaloną, powtórzę, a nawet zaśpiewam za Edith Piaf - Non, je ne regrette rien


...widzę już niewielkie zabudowania Z., faliste dachy, trochę jak u Chagalla, pejzaże nierówności, sklep wali neonami po oczach, serce wali w piersi, jest trochę zimno, trochę deszczowo. Ciężka walizka ląduje w taksówce, mi brakuje słów.


Jestem tutaj.
Jestem. 
I będę przez kolejnych 10 dni! 

10/20/2015

Kolumbia i małe trzęsienie ziemi. Wstęp.




Opowiadałam o niej na żywo, w wiadomościach prywatnych i na Facebooku. Spamowałam zdjęciami z wyjazdu, zamęczałam historiami, wciskałam tradycyjną herbatę, przesypywałam kawę, podtykałam pod nos misę z solą i eukaliptusem.

Przez trzy miesiące, bo tyle minęło od mojego powrotu z Kolumbii, robiłam wszystko, aby blask moich wspomnień nie stracił na intensywności. 

Przywiezione książki czekają na tłumaczenie z hiszpańskiego, a ja delektuję się kolejnymi dawkami fotografii. Przebywając gdzieś w pomiędzy szaloną radością doświadczenia a dziką rozpaczą powrotu, myślę, że niewiele mi brakuje do ekspresji porzuconej Diane Keaton z „Lepiej późno niż później”. I mogłabym nawet zostać „golfową lalą”, ponieważ noce w górzystej części Kolumbii były tak zimne, że spałam ubrana we wszystkie swoje swetry – czyli w jeden, bo po co sprawdzić, czy w regionie, do którego się leci, nie trwa przypadkiem pora deszczowa? Lepiej zabrać wszystkie swoje najpiękniejsze letnie sukienki, a wielką butlę olejku przeciwsłonecznego mogłam co najwyżej wykorzystać do smażenia platanów na obiad. 

Kompletnie straciłam rozum decydując się na tę wyprawę, więc skoro poleciałam bez rozumu, to i brak ciepłych ubrań nie powinien nikogo dziwić.

Jednak górska, deszczowa aura Bogoty była jedynie początkiem mojego nieustającego zdumienia. Zamiast „słońca i palm” z okna samolotu ujrzałam ciężkie chmury. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że kolejne dni będą namiętnie biczować moje europejskie standardy o wiele mocniej niż dłoń żony lądująca na policzkach niewiernego Alejandro.

Trzeba było trzech miesięcy bym mogła opowiedzieć o Kolumbii, tak wielka i ważna była to podróż. Podróż życia mam wrażenie. Teraz pozostaje mi tylko zaprosić Ciebie do wspólnej wyprawy razem ze szczęśliwymi Kolumbijczykami, lamami, tabunami zmęczonych psów, najpyszniejszymi owocami świata, ale także z Panią Biedą, Panem Brudem i Towarzyszką Korupcją. Kierunek: Bogota!



9/20/2015

Powroty.



Blog przeleżał zimę, ominęła go wiosna, i teraz na schyłku lata, tuż nad przepaścią jesieni, wraca(m).
A wraz ze mną historia o najpiękniejszej podróży!
Już wkrótce.

4/13/2014

Baśń o Breslau.




Dawno temu było Miasto.  Nie było to wielkie miasto. Płynęła przez nie rzeka, skręcając się w delikatne serpentyny. Miasto miało setkę ramion, trzymających pieszczotliwie fragmenty własnego ciała, podzielone przez rzekę.  Dobra rzeka obserwowała od dołu miasto, jego stalowe ramiona, karmiona odbiciami mieszkańców i rzadkimi przebłyskami światła.

Czasem mieszkańcy tak długo wpatrywali się w Rzekę, że ich ciała zastygały bez ruchu, twardniały i przybierały kolor ziemi. Jedyną pamiątką po ich człowieczeństwie były dusze – zwiewne, jak różowe i białe kwiaty. Te drzewa – duchy stoją w Mieście, kłując Ciemność.

Ciemność lubiła oblepiać budowle miasta, przywabiana pięknymi detalami fasad. Zostawała tam na stałe, usypiając kolory swoim narkotycznym tchnieniem. Ciemność - wielbicielka sztuki zawsze szukała roślin wykutych w kamieniu, pnączy, po których spływała aż na bruk, rozlewała się pod stopami, wymieniając pieszczoty ze światłem.  Nad ranem budynki strząsały z siebie mrok, który odpadał od nich szary i miękki, najedzony do syta pięknem. Reszta ciemności zostawała na zawsze w fasadach, stając się duszami budynków. Kiedy dusze obejmowały światło nad Miastem niebo stawało się szare. Zaś Mieszkańcy myśleli, że Miasto to nie tylko kamień, drewno i stal, ale kolejna żywa istota do kochania.



 

2/11/2014

Jane, Jane! Jane Eyre w Haddon Hall.


Za oknem niby wiosna, a niby nie, za to krople uparcie uderzające o rynnę przenoszą mój umysł do Anglii. Mój nos czuje zapach kurzu i wilgoci, dłonie dotykają kolczastych róż, a usta otwierają się z zachwytu na widok czarodziejskiego ogrodu.

Zdjęcia z Haddon Hall leżały sobie na dysku kilka miesięcy. Którejś nocy, mój umysł opuściła angielska mgła. Oglądam sobie Jane Eyre w wersji BBC z 2006 roku (najlepsza!) i nagle rozpoznaję wejście do zamku, w którym były kręcone zdjęcia. To Haddon Hall, w którym byłam w sierpniu i nawet nie wiedziałam, że to było filmowe Thornfield.  Sacrum znów przeniknęło do profanum, czyniąc mnie, wielbicielkę twórczości sióstr Brontë, szczęśliwą.

W skrócie: Haddon Hall to średniowieczna posiadłość położona nad rzeką Wye w Bakwekk, Derbyshire. Jej początki sięgają XI wieku. W przeszłości była siedzibą Diuka Rutlanda, obecnie należy do rodziny Lorda Mannersa.

Stopniowe oczarowanie można zacząć budować już w starej kaplicy z intrygującymi freskami na ścianach, istnym memento mori. Kościotrupy otoczone delikatnymi kwiatowymi ornamentami były przeze mnie namiętnie fotografowane ;) Zamek. Chodziłam po komnatach z ciepłym, malarskim światłem i korytarzach wyłożonych drewnem. Przestronny główny hall zachwyca, spacer po nim to przyjemność. Lecz nic nie równa się z ogrodem, do którego wyjście pojawia się niespodziewanie. Nawet w deszczu i pod ołowianym niebem jest to przestrzeń bajkowa!  Tajemniczy ogród pełen róż, lawendy. Kompletnie straciłam głowę. Z tej części zamku widać maleńki mostek nad rzeką, akurat przepływał łabędź a wiatr ciągnął mnie za włosy...No i już, piękne wspomnienie gotowe.

Niestety, w trakcie zwiedzania padła mi bateria w aparacie i nie zrobiłam tylu zdjęć, ile chciałam.

Jeśli będziecie mieli okazję przebywać w tej części Anglii, to koniecznie odwiedźcie Haddon Hall. Nawet, jeśli nie kręcą Was losy Jane Eyre. Powiadają, że Haddon Hall to jeden z najstarszych i najbardziej romantycznych obiektów w Anglii (w końcu tyle razy kręcono tam przeróżne romanse...). 


 














Plan posiadłości, wikipedia.com


Filmowcy namiętnie najeżdżali Haddon Hall, kręcąc tam kolejne wersje opowieści autorstwa Charlotte Brontë , m.in. znakomity mini serial BBC z 2006 roku z utalentowaną Ruth Wilson i Toby'm Stephensem. W zamku powstały też ujęcia do najnowszej ekranizacji powieści z Michaelem Fassbenderem i Mią Wasikowską. Przepiękna posiadłość będzie można ujrzeć także w starszej ekranizacji "Opowieści z Narnii" - Srebrnym krześle (zobacz tutaj)

Jane Eyre (2006)


Wnętrze kaplicy
Michael Fassbender i Mia Wasikowska, Jane Eyre (2011)

W ogrodach Haddon Hall, Jane Eyre (2011)

1/05/2014

Paris de nuit.

Na szczycie było cicho. Deszcz delikatnie pieścił bruk, a mokra mgiełka chłonęła kolory, łagodząc ostre krawędzie budynków. Najwięcej było żółci neonów i delikatnego różu oraz fioletu, łączącego niebo z miastem. Tajemniczy taniec zmierzchu stawał się sztuką prostą, kontrastową, wyciętą z czarnego i czerwonego kartonu. Długie cienie cięły diamentową czerń bruku, ocieploną światłami latarni, nienaturalnymi słońcami, dziwnymi, a jednak ponętnymi. Montmartre był duchem, który w jesiennym mroku trawił światła i lśnił, a ludzie zwyczajni, czasem brzydcy i nieistotni, wsłuchiwali się w siąpienie deszczu, sunąc powoli, jak czerwone zjawy.

- Czy zrobić pani portret? - starszy pan miał brodę i wąsy w kolorze stali, wymięty kapelusz, a jego oczy były spokojne i ciepłe.
- Nie, dziękuję.
- Dlaczego nie?
- Śpieszę się do Muzeum Salvadora Dali.
- Och, dzisiaj jest nieczynne - artysta puścił oko, a kiedy się zaśmiał, zauważyła, że brakuje mu kilku zębów.  
- Żartuję...Proszę iść tędy, a potem na prawo...



























































































































































































Samotność nie ma dźwięku.


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka