10/28/2015

Kolumbijskie opowieści. Rozdział I: Podróżniczka na odlocie


Siedzę w busie, którego obłe ciało przecina z dziką szybkością bogotańskie ciemności, zapadające już o 18. Sprzedawcy orzeszków („mani, mani, mani!!!”) załatwili swoje biznesy i wyszli  - będą krzyczeć i karmić innych głodnych w kolejnych autobusach. 

Bus jest jak żywy organizm, to struktura śpiewająco – podskakująca, wioząca znużone twarzy Kolumbijczyków wracających z domu do pracy. Na szczęście mamy gdzie siedzieć, niektórzy stoją, prawie wiszą nad nami, pęd wiatru przefiltrowanego przez karoserię budzi mnie z półsnu, umęczoną wieloma godzinami lotu. 

Po autobusie chodzi młody chłopak, którego strój przypomina cwaniczkowatego sprzedawcę fajek ze stadionu X – lecia. Lśni kajdan na szyi, ręka wyciągnięta po wymięte wachlarze pesos. Wygląda jak członek lokalnej mafii. Nagle robi się nieprzyjemnie i niebezpiecznie. Podchodzi do nas. 

- Dos – mówi Nilson, wyciąga pieniądze i spokojnie podaje chłopakowi.

No cóż, w Kolumbii nawet płacenie za bilet wygląda jak wymuszanie haraczu.

Ten sam obrotny  bileter płynnym ruchem „wylewa się” z drzwi wciąż pędzącego autobusu („co on robi do cholery!!!”), jest już na zewnątrz i krzyczy „Zipa, Zipa!”, potem magicznie dogania busa i równie wdzięcznie wskakuje do środka. 

- To niebezpieczna praca –  mówi Nilson, a ja tylko kiwam głową, myśląc, że jestem, do diabła, w innym świecie. 

To już czwarty bus, w którym siedzę od kilku dni, lecz pierwszy w Ameryce Południowej. Przyciskam się do szyby, widzę jakieś palmy, jakieś mosty, jakieś stragany, czuję szybkość i próbuję poczuć, „jak to jest być tak daleko od domu”. Nie czuję się daleko, choć na pewno obco. 

Po raz pierwszy w życiu przelatuję przez ocean. Ale szczerze mówiąc czuję się tak, jakby to ocean przeleciał mnie. Wielokrotnie;) Telepiąc się busami przez Niemcy, w Hamburgu wsiadam do samolotu do Paryża, tam, wściekła ze zmęczenia i wymięta jak stara lalka, czekałam na połączenie Paryż – Bogota i gapię się z durnym uśmiechem na wyświetlacz na lotnisku. 

Kurde, lecę! Naprawdę lecę. I przez kolejne 12 – godzin będę zamknięta w latającej puszce, unoszącą mnie i moje tysiąc nadziei i strachów nad Atlantykiem. 


W samolocie nie wiem, czym się zająć. Spać? Jeść? Śledzić lot? („czemu odległość między punktem A a punktem B wcale nie maleje??”). Wielki i przerażający ten Boeing, moloch wypełniony hiszpańskojęzycznymi pasażerami o karnacji kawy z mlekiem.

Wierzę, że podróż, zwłaszcza samotna, to szansa na spotkanie „innego siebie”.

Ja spotkałam tyle wersji siebie (Sylwia – znudzona, Sylwia – podekscytowana, Sylwia – zdenerwowana...), że jak już się wytoczyłam z samolotu i moja noga dotknęła kolumbijskiej (!!!!!) ziemi, to mam serdecznie dość. Ale największe wyzwanie czeka na zewnątrz. 

Pan Wyzwanie. Bo widzicie, do Kolumbii poleciałam nie tylko dlatego, aby spróbować herbaty z koki;)

I choć będę pisać o jedzeniu i ludziach i zwyczajach i zwierzętach i polityce i sztuce i problemach i pogodzie, to motorem wyjazdu był człowiek.  Tym, co uznają mnie za szaloną, powtórzę, a nawet zaśpiewam za Edith Piaf - Non, je ne regrette rien


...widzę już niewielkie zabudowania Z., faliste dachy, trochę jak u Chagalla, pejzaże nierówności, sklep wali neonami po oczach, serce wali w piersi, jest trochę zimno, trochę deszczowo. Ciężka walizka ląduje w taksówce, mi brakuje słów.


Jestem tutaj.
Jestem. 
I będę przez kolejnych 10 dni! 

1 komentarz :

Dziękuję za komentarz:)

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka