Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anglia. Pokaż wszystkie posty

2/11/2014

Jane, Jane! Jane Eyre w Haddon Hall.


Za oknem niby wiosna, a niby nie, za to krople uparcie uderzające o rynnę przenoszą mój umysł do Anglii. Mój nos czuje zapach kurzu i wilgoci, dłonie dotykają kolczastych róż, a usta otwierają się z zachwytu na widok czarodziejskiego ogrodu.

Zdjęcia z Haddon Hall leżały sobie na dysku kilka miesięcy. Którejś nocy, mój umysł opuściła angielska mgła. Oglądam sobie Jane Eyre w wersji BBC z 2006 roku (najlepsza!) i nagle rozpoznaję wejście do zamku, w którym były kręcone zdjęcia. To Haddon Hall, w którym byłam w sierpniu i nawet nie wiedziałam, że to było filmowe Thornfield.  Sacrum znów przeniknęło do profanum, czyniąc mnie, wielbicielkę twórczości sióstr Brontë, szczęśliwą.

W skrócie: Haddon Hall to średniowieczna posiadłość położona nad rzeką Wye w Bakwekk, Derbyshire. Jej początki sięgają XI wieku. W przeszłości była siedzibą Diuka Rutlanda, obecnie należy do rodziny Lorda Mannersa.

Stopniowe oczarowanie można zacząć budować już w starej kaplicy z intrygującymi freskami na ścianach, istnym memento mori. Kościotrupy otoczone delikatnymi kwiatowymi ornamentami były przeze mnie namiętnie fotografowane ;) Zamek. Chodziłam po komnatach z ciepłym, malarskim światłem i korytarzach wyłożonych drewnem. Przestronny główny hall zachwyca, spacer po nim to przyjemność. Lecz nic nie równa się z ogrodem, do którego wyjście pojawia się niespodziewanie. Nawet w deszczu i pod ołowianym niebem jest to przestrzeń bajkowa!  Tajemniczy ogród pełen róż, lawendy. Kompletnie straciłam głowę. Z tej części zamku widać maleńki mostek nad rzeką, akurat przepływał łabędź a wiatr ciągnął mnie za włosy...No i już, piękne wspomnienie gotowe.

Niestety, w trakcie zwiedzania padła mi bateria w aparacie i nie zrobiłam tylu zdjęć, ile chciałam.

Jeśli będziecie mieli okazję przebywać w tej części Anglii, to koniecznie odwiedźcie Haddon Hall. Nawet, jeśli nie kręcą Was losy Jane Eyre. Powiadają, że Haddon Hall to jeden z najstarszych i najbardziej romantycznych obiektów w Anglii (w końcu tyle razy kręcono tam przeróżne romanse...). 


 














Plan posiadłości, wikipedia.com


Filmowcy namiętnie najeżdżali Haddon Hall, kręcąc tam kolejne wersje opowieści autorstwa Charlotte Brontë , m.in. znakomity mini serial BBC z 2006 roku z utalentowaną Ruth Wilson i Toby'm Stephensem. W zamku powstały też ujęcia do najnowszej ekranizacji powieści z Michaelem Fassbenderem i Mią Wasikowską. Przepiękna posiadłość będzie można ujrzeć także w starszej ekranizacji "Opowieści z Narnii" - Srebrnym krześle (zobacz tutaj)

Jane Eyre (2006)


Wnętrze kaplicy
Michael Fassbender i Mia Wasikowska, Jane Eyre (2011)

W ogrodach Haddon Hall, Jane Eyre (2011)

9/03/2013

Anglia. North Yorkshire. Dom Draculi.























I'm thinking how you taught me how to win
And how to loose
And how to fight the crippling blues that I was born with
Bad dreams and nightmares
Ooo they slip away.




Byłam w filmie o wampirach. Minęłam ruiny opactwa Abbey, tego samego, które zainspirowały Brama Stokera do napisania „Draculi”, i znalazłam się na cmentarzu. To było cudowne miejsce.Wiatr wiał, szaleńczo szarpał moje włosy, walczył z ciałem. To było jak sen. Życie i śmierć tuż obok siebie.Cmentarz zrobił na mnie największe wrażenie, prawie płakałam od uderzeń wiatru, ale doszłam aż do latarni morskiej. Czułam się samotna, przerażona i zagubiona, coś w morzu przyciągało mnie do siebie, przyzywało. A potem nagie stopy na zimnym piasku pełnym małych kamyków i muszli w kolorze nocnego nieba. To drobiazgi wyrzucane przez wodę przypominały niebo pełne gwiazd, tyle, że można po nim chodzić. Morze jest niebezpieczne. Wszystkie te kamienie, muszle są martwe i morze zwraca je nam – „patrz, co robię z wszelkim życiem”. 

                                                                                                    -  Sheffield, Anglia, 4 sierpnia 2013



Podróż do Whitby zajęła 2,5 godziny, niezliczoną ilość białym plam owiec i kilka ogromnych jak góry kurhanów. Im bliżej wybrzeża, tym przestrzeń nieba była coraz większa, aż w końcu wypłynęliśmy na morze wrzosowisk, porośniętych przez osty i wszechobecny fiolet kwiatów. Cudowne, cudowne wrzosowiska (ludzie przychodzą tu na pikniki), demoniczne, pojedyncze drzewa. To, co widziałam, były jak kadry filmowe jednej z ekranizacji Wichrowych Wzgórz.


W końcu ujrzałam wybrzeże z malutką figurą opactwa i zostałam wprost opętana urodą tego miejsca.

Na przywitanie poczułam uderzenie wiatru i usłyszałam pisk miauczących mew. Potem szybko znalazłam się na trawie wśród dzieci, oglądając znakomite plenerowe przedstawienie. Dekoracją był majestat ruin, te romantyczne mroki. Angielscy aktorzy ogarnęli Draculę w trójkę, dając zabawne, angażujące i totalnie przerysowane (choć uproszczone) przedstawienie. To była najzabawniejsza ekranizacja tej powieści, jaką widziałam;) Podążając ich śladem, zwiedzałam ruiny. 

Wybuchy śmiechu zdawały się wstrzymywać ołowiane chmury, lecz kiedy przedstawienie się skończyło, cała ta wesołość się rozpierzchła, a ja zostałam niemalże sama w potężnym ciele opactwa. Wyglądało jak organiczna, wypluta przez morze konstrukcja, sklejona z koralowca, wyżarta słonym morskim wiatrem, który wydaje się równie destrukcyjny jak czas. 


Otumaniona wiatrem, idąc za śladem tych miłych ludzi moich gospodarzy, zachłyśnięta
emocjami, nagle stanęłam gdzieś pośród trawiastych zboczy, otoczona przez nagrobki. I stałam się na chwilę piękną Isabelle Adjani, przeniesioną w filmową rzeczywistość Nosferatu (1974). 




Cmentarz był piękny, spokojny i mistyczny. Miejsce, o którym można powiedzieć: tu znaleźliśmy ukojenie. Szybko, szybko, trzeba zejść po numerowanych stopniach i obejrzeć urokliwe domy Whitby, potem przejść małymi uliczkami, aby dojść nad morze. Stamtąd jest blisko do latarni przypominającej chatkę Muminków, przy której ludzie zostawiają bukiety kwiatów. Potem, kiedy wiatr wywieje z głowy wszystkie smutki, można zaliczyć katharsis, po czym wrócić, popatrzeć na omszałe, oblepione pękającymi wodorostami twarze kamieni i unieść wzrok. Ogromny klif góruje nad ludzkim sztafarzem. A potem pozostaje plaża i hop do góry, do góry...z nieustępliwą obecnością ruin, które wyglądają jak cienie.

Po drodze wystarczy minął urokliwe sklepiki, mroczne wrota z nietoperzem, które przypominają, że w tym mieście odbywają się słynne gotyckie imprezy, w których z dziką chęcią wzięłabym udział. No to kiedy? Tęskniłam za morzem jak szalona, potem pożegnałam się z tym pięknym nadmorskim miasteczkiem i opactwem coraz mocniej chowającym się za zasłoną łąk.

Chciałabym tam wrócić, bo to najpiękniejsze miejsce, jakie widziałam w Anglii.




8/20/2013

Anglia. South Yorkshire: na polanie

Robin Hood: Men in tights (1993) ;)
  




Kiedy dowiedziałam się, że będę mieszkać w nie tak dalekiej okolicy Lasu Sherwood, zaśmiałam się dość głupkowato. Widok niepozornej tabliczki Sherwood Forrest, mijanej po drodze z lotniska East Midlands, zniszczył mnie kompletnie.  Przed wyjazdem śmiałam się, że wpadnę tam sprawdzić, czy w środku nie grasuje "wesoła kompanija” – niezła była by z panów atrakcja turystyczna, zwłaszcza w opcji okradającej.

(Tak, tak, sąsiedzkie hrabstwo to Nottingamshire ze słynnym Nottingham - niestety nie było tam Alana Rickmana gotowego wyrywać serca łyżką). 

Któregoś pięknego wieczoru, wyjętego z jakże długiego zestawu 5 dni pobytu, mój gospodarz Shane, którego uczyłam liczyć po polsku do dziesięciu, spytał się, czy chciałabym pojechać z nim na coś, co nazywał Archery. Moja gospodyni, piękna Rachel, wyjaśniła, że grupka starych facetów spotyka się razem i strzela z łuku ;) Zapragnęłam dołączyć do nich, nawet po to, by pogapić się spod jakiegoś drzewa. 

Pojechałam, znów śmiejąc się z tabliczki z napisem Sherwood Forrest. Na pięknej i ogromnej polanie stały kolorowe tarcze, sztuczny wilk, który oberwał już niejednokrotnie oraz banda facetów w różnym wieku, o różnym wzroście i budowie. Jedna kobieta - delikatna blondynka. Parę minut później już siedziałam na trawie, ciesząc się z tej zielono – błękitnej przestrzeni, gości z długimi angielskimi łukami i słońca to wychodzącego, to spychanego za ciemną tkaninę chmur. 

Tego dnia poznałam fantastyczną starszą panią, która zajmuje się łucznictwem od 30 lat i która pasją zaraziła synów i wnuków (jesteśmy rodziną łuczników!). Pozwoliła mi towarzyszyć sobie przy mocowaniu grotów na strzały – robiła to niezwykle szybko i starannie, a gdy dowiedziała się, że nigdy nie strzelałam z łuku, zaprowadziła mnie do sali strzeleckiej i pokazała jak strzelać do tarczy, jak wyjmować strzały i bezpiecznie je przenosić.

Pokaz bezpiecznego wyciągania strzał.
 

Później zrobiłam to samo na polanie. I bardzo szybko ogarnęłam parę spraw o strzelaniu z łuku: to wydaje się proste

Nie jest.

Nie będzie jak w filmie (jak oni tak szybko „ładowali” te strzały?)
Nie można naciągnąć cięciwy gołym palcem.
Cięciwa może zrobić kuku (ja wyszłam z fioletowym siniakiem).


 
Szalenie trudno trafić do celu. Nawet nieruchomego. Tłumaczyli mi, że wiele zależy od wiatru.


 
Potem chodziłam, zbierałam swoje nieporadne strzały, bezradne jak męskie nóżki i śmiałam się sama do siebie, czując absolutną wolność w gromadzie tych zapaleńców. Turniej skończył się wizytą w pubie, okropnie słodkim jabłecznikiem i rozmową o brytyjskich akcentach, których jest niezliczona ilość. A potem poszliśmy na spacer. Do parku. Do lasu. O tym już wkrótce. 


 



Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka